W końcu siadłem do bloga i nic…
Ostatnio wydaje mi się, że im człowiek więcej w życiu robi tym ma mniej do napisania. Może wolne kawałki intelektu, które normalnie dryfują sobie w mózgu, podczas wytężonego wysiłku materializują się w efektach innych niż tekst i przez to, kiedy siadasz do klawiatury nie masz nic do powiedzenia? A jednak się siada. Co odpowiada, za ten bezpłodny akt? Jak powiedział pewnego dnia Hirst (ten od bardzo drogiej czaszki):
I sometimes feel that I have nothing to say and I want to communicate this.
Tak teraz mam. A może to przez piekielne przeziębienie, które sprawia, że napisanie pół strony tekstu, wiąże się z produkcją potu na czole?
Oba wyjaśnienia są równie prawdziwe. Prawdopodobnie. (dziwny szyk nie jest podyktowany chęcią uwznioślenia tekstu, a jedynie lenistwem)

