Pisanie o gamification, niezły wykład i mała refleksja
Dzisiaj zaczynam sobie pisanie artykułu na temat grywalizacji. W głowie jest już pewien ogólny pomysł na tekst, masa przemyśleń i sporo zebranej wiedzy (także tej ze studiów! Odnosząc się do kwestii z wykładu, który zamieszczam poniżej o tym że psychologowie nie zajmują się przyjemnością i ich imprezy są drętwe – szkoda że Jesse Schell nie był na żadnej z naszych imprez na roku). Teraz pora uporządkować treści i zapakować je w łatwą do przełknięcia pigułkę.
Właśnie – łatwość do przełknięcia. Czy nie o to właśnie chodzi w grywalizacji? Chcemy tworzyć sytuacje, które będą łatwe, miłe i szybko nagradzające. Ilekroć zaczynam zajmować się tematem grywalizacji zawsze w pewnym momencie dochodzę do momentu, kiedy zaczynam zastanawiać się nad jej minusami i tym, czy i jeśli tak, to jaką krzywdę może nam ona zrobić.
W związku z tym przyszło mi do głowy pytanie na ile pisanie tekstu posiada w sobie elementy grywalizacji. Nagroda jest odroczona w czasie, proces pisania jest czymś bardzo indywidualnym, a poziom zadania można chyba spokojnie określić jako trudny, nieco przekraczający zastane w danej chwili możliwości i kompetencje. Mimo to pisać jest miło. Można chyba sobie na koniec powiedzieć, że ludzie (a przynajmniej ich część) na szczęście nie wszystko muszą mieć zgrywalizowane.
OK, już dłużej nie katuję głębią swojej refleksji i polecam obejrzenie wykładu:

Pisanie tekstu też może być formą gry. Są np. edytory, w których zakładasz dzienną ilość znaków i masz cały czas na widoku swój pasek postępu. Jeśli podzielisz dzienne pisanie na mniejsze części, możesz się nagradzać za skończenie jednego czy drugiego kawałka. Jeśli ktoś np. pisze pracę magisterską, taka forma jest idealna do motywowania.